Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaufland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaufland. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Ferrero, Kinder Pingui Malina

"Wróci, zawsze wraca", jak mawiał jeden z moich kolegów. Kolegów? Whatever. W ogóle, masz (miałaś, miałaś!) panno świetną opinię, tak na marginesie. Co jak co, raz w życiu się chłopaczyna - o ile to dobre określenie pana.. nieco starszego ode mnie - wykazał rozumem. Miał najzwyczajniej w świecie rację. Ja zawsze wracam. Jak niechciany bumerang rzucony w pole. Kurcze. Może często się poddaje, upadam z hukiem. "Może? Dziewczyno weź otrzeźwiej! Robisz to notorycznie." Jednak równie szybko się podnoszę, wstaję, otrzepuję i lecę dalej. Mam mocną psychikę, mimo wszystko. Podobno twardy ze mnie zawodnik - znak zodiaku zobowiązuje. Emm.. Nie muszę już mówić z czym wiąże się moja nieobecność, kto na dłużej się tu zagościł - wie. Kto wpada tu sporadycznie.. Odsyłam do poprzednich wpisów. Najlepiej chyba wszystkich. Staram się jednak zażegnać kryzys i tuż po porannych badaniach wpadam do Was, do Nas. Tu wpadam. Z kolejną recenzją. Dziś przedstawiam nowość od Ferrero - Kinder Pingui w wersji malinowej.

Stanęłam przed sklepową nabiałową półką. "Musisz sobie kochana.. zadać zajeb*ście ale to zajeb*ście ważne pytanie.. Co Ty do jasnej ciasnej chcesz stąd wziąć? Stoisz jak paranoiczka od pięciu dobrych minut i gapisz się jak sroka w gnat." Wyciągnęłam rękę przed siebie. Mam. Uciekam. Padło właśnie na ten produkt, nie żebym o nim marzyła.. Ale.. Los tak chciał. Z cyklu "krótkie, prześmiewcze historyjki zakupowe".

sobota, 22 sierpnia 2015

Terravita, Cocoacara coffee & cardamom dark chocolate

Wstałam dziś skoro świt! Uwielbiam te pobudki o 5 rano, mmm! Ach, miałam tak niesamowitą wenę, pomysł na - aż - dwa wstępy. Wierzcie lub nie - nie byle jakie. Ale zagadałam się z Bratem.. Siedząc tylko we dwójkę, skazani na własne towarzystwo, możemy gadać o wszystkim nie szepcąc po kątach. Co jest cudowne! Niestety.. Przez te ploteczki dzień skrócił mi się o całe dwie godziny, a czas goni. A raczej, kurcze, mamy już 10.. Ja nic nie zrobiłam. Dość mam braku kreatywności w życiu. Więc może bez słowa wstępu? Trzeba Was czasem zaskoczyć ;)

Jakiś czas temu, stosunkowo niedawno nawet (nawet bardzo niedawno!), jedna z blogowych koleżanek  - zapraszam do krainy kaczek w czekoladzie, napisała recenzję mlecznej, słodkiej niczym miód czekolady Terravity. I kurcze, przypomniałam sobie.. Za małolata jadało się podobne do tej recenzowanej tabliczki (czekolada wyśmienita - Terravita, kojarzycie?). Nie pamiętam jakież to smaki były.. Stare dzieje, nie mi to wspominać - bo szczerze, ciężko mi sobie przypomnieć co robiłam wczoraj. Kojarzę ogólnie, że czekolady mi smakowały. Chyba. :) Oczywiście, jak to ja, napaliłam się jak dzik na żołędzie na tę Terravitę.. Jakby jeszcze było na co! Jednak nie o tym. Bo cóż się zadziało, nie zgadniecie? Zacznę od historyjki jednozdaniowej. Sto lat temu kupiłam dwie gorzkie czekolady. Schowałam do pudła.. I tak leżały, leżały i leżały.. I.. Przyznam do wzięcia tej dziś prezentowanej, zmusił mnie wręcz, termin ważności - taki na słowo honoru już. I oczywiście Terravitowa recenzja z sobotniego rana grana. Bang! Dziś na blogu, jak nigdy.. Nieco wytrawniejszych smaków. Coffee & cardamom (mom?) dark chocolate.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Müller, Müllermilch Fistaszki w Czekoladzie

Będę szczera - jakbym nigdy nie była, ech. Miałam dziś nie dodawać wpisu. Wymówki, wymówkami. Miałam dwa dobre powody, by wymigać się od niemalże codziennej dawki słodyczowych recenzji. Poza tym, ja jak oczywiście ja, szybko odpuszczam w złościach i nerwach. Stwierdziłam: "Koniec, to koniec!". Chciałam uciec, trzasnąć drzwiami i nigdy tu już się nie pojawić. Bang! Jestem okropna, wiem. Cała ja, dość impulsywna i niepoukładana. Szybko się zapalam i równie szybko gasnę, tak mawiają. Ale. Są na tym świecie ludzie, i o dziwo jest ich sporo.. Którzy uważają, że to co robię teraz ma sens. Całe to opisywanie słodyczy, w moim przypadku podobno dość kwiecistoskrupulatne, podobno mi najnormalniej w świecie wychodzi. Raz - po prostu jestem tu szczera, zawsze piszę co myślę i nie udaję nikogo kim nie jestem (zanudzając przy tym śmiesznymi bądź łzawymi wręcz historiami), a po drugie.. Mi wychodzi.. Na zdrowie. :) Nie, uprzedzam nie jestem narcyzem, to nie moja opinia. A opinia bliskich mi osób. Chyba, że mi kłamią - dorwę Was! Tak więc kiedy znów miałam się poddać (który to już raz?) albo już się poddałam (to prędzej), na ratunek przyszli przyjaciele. Cieszę się, że mam wokół tak wspaniałych ludzi, którzy zawsze mi pomogą - pocieszą, poprzytulają lub po prostu kopną.. W tył! Tym razem z pocieszeń wyszła kombinacja alpejska, stąd i siedzieć nie mogę i nieco zastraszona jestem ;). Póki oni mnie będą w tym trzymać, zostanę. Dla nich właśnie, dla Was - oczywiście i rzecz jasna dla siebie. Jestem silniejsza niż się niektórym wydaje. I pokażę to, jeszcze nie raz i nie dwa.

Oczywiście był też powód - leń. A raczej. Ekhm, ekhm. Radziłabym spojrzeć w kalendarz pod dzisiejszą datę. Najlepiej na dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Jeśli nic nie widzicie - zmieńcie kalendarze! Taaaak, moje święto. Yeeey. Mama wiedziała co robi - 2 dni imienin! Najlepiej ;)

Patrzycie na tytuł dzisiejszego wpisu i myślicie: "Ta to ma zdrowie, tak się katować tymi fistachami". Z własnej woli, to wierzcie na słowo, nie robiłabym tego. Jednak, tu pozdrawiam Cię Bracie, kiedy Młodszy proponuje kilka łyków do recenzji aż żal odmówić. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od niego, nie kupiłabym tego produktu. Bo raz, nie przepadam za smakowym mlekiem. Chyba że jest to mleko z pinacoladą. Dwa, fistaszki! Czyżby kompilacja mistrzów.. Którzy chcą mnie pozbawić życia? Chyba czas się przekonać. Zaczynamy recenzję!

niedziela, 9 sierpnia 2015

Ritter Sport, Whole Almonds

Odkrywanie nowych smaków to bardzo ciekawa i równie wciągająca, jak mówi młodzież, "zajawka". W ogóle kurcze, odkrywanie świetnych produktów bardzo cieszy. Bo w sumie, co może radować bardziej, od dobrego jedzenia? Echh. Wracając. Od kiedy skosztowałam (dobra, pożarłam za jednym posiedzeniem 250g) mojego pierwszego Ritter Sport'a wiedziałam, że nie spocznę póki nie spróbuję wszystkich - choćbym miała od tego paść na zawał lub generalnie umrzeć z powodu klinicznej wręcz otyłości. I faktycznie nie poddaję się, krok po kroczku spełniam to postanowienie - chociaż jestem dopiero gdzieś na początku mojej przygody z tymi czekoladami. Za mną bowiem, prócz wymienionego wcześniej wariantu, jest tylko wersja Kokosowa. Jestem jeszcze młoda, teoretycznie mam wiele czasu na wykonanie tej misji. Taaaakk.

Wiecie, nie jestem skąpa. W sumie. Dobrze, bywam. Ale nie jeśli chodzi o jedzenie. Jednak 5zł za 100 gramową czekoladę to, umówmy się, ciut więcej niż przeciętne płaci się za zwykłą tabliczkę - nawet jeśli płacimy za "lepszą jakość", "wyższą półkę". Tu "pomocną dłoń" wyciąga Kaufland i jego półka z przecenami. Czasem wydaje mi się, że przy niej znajduje się moje życiowe szczęście (bo farta ani w kartach ani w miłości nie mam). Zaczęłam od Verpoorten - czyli czegoś na co polowałam, kupiłam tam też mojego pierwszego Lindt'a. Ostatnio przy kasie, po wypakowaniu produktów z kosza na taśmę, zostawiłam moją Mamę i ruszyłam na zwiady do owej półki. Ot tak, bez jakiegoś względnego zamiaru kupna czegokolwiek, popatrzeć. I cóż ja widzę! Zielone kwadratowe opakowanko.. Zagarnęłam je zamaszytym ruchem i dołożyłam do liczonych właśnie zakupów. Cóż. Cała ja. Dziś recenzja czekolady, trzeciej do kolekcji już, Ritter Sport w wersji Whole Almond.

Nie spałam całą noc więc jakby coś nie miało sensu to przepraszam serdecznie.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Müller, Müller Froop Tropical Ananas-kokos

Cóż, zmian przeróżnych Ci u nas dostatek (co chyba widać na pierwszy rzut oka, prawda?). Do moich zawirowań w sferze duchowej, emocjonalnej jak i cielesnej, dołączyły również te związane z "przebudową" bloga. Drobną kosmetyką, lekkimi zmianami - wiecie, czego się nie robi dla czytelnika. No i oczywiście, dla siebie. Jakby nie było, "Słodkie" to miejsce, gdzie nie tylko mechanicznie opisuję kolejne produkty. Mój blog to mój azyl. Czytając go, każdy z Was jest w stanie odkryć mnie w jakimś tam stopniu, poznać mniej lub bardziej dogłębnie. Pisze tu wszystko i o wszystkim. Chwalę się i żalę. Płaczę i śmieję się prawie w głos. Więc dlaczego, do jasnej.. ciasnej, miałoby tu być brzydko?! Przytłaczająco?! Czas się wziąć, razem z moim dziełem, w garść. Pozbierać - make up na twarz i do przodu. Och żeby nie było, no też nie mówię, że teraz jest idealnie - bo nie jest. I zapewne też prędko nie będzie. Uczę się dopiero tajemnych sztuk związanych z tą całą "sajtową" otoczką. A jako iż ze mnie tylko blondyneczka.. ;) Poczekamy sobie! Tak czy siak, z góry przepraszam za lekki rozgardiasz na blogu. Obiecuję poprawę! I to w najbliższym czasie. 

Po krótkim przedsłowiu, zapraszam każdego z Was na krótką podróż do Müller'owej krainy. A raczej do jednej małej Froop'owej Nibylandii. Tam chyba jeszcze nie zawitaliśmy! Odkrywamy nowe lądy więc, przeżywając pierwsze razy. Müller, Müller Froop Tropical Ananas-kokos.

czwartek, 23 lipca 2015

Müller, Müllermilch Bananowy

Środa wieczór. Dzień - kolejny pracowity -  minął błyskawicznie. Pobudka, szybkie ogarnięcie, powolne śniadanie, blog, praca, praca, praca, dom, obiad, trening, kolacja dla Brata - nawet dwie, kolacja dla mnie.. I cóż. Czas na wpis. Wstaję już wystarczająco wcześnie, nic z siebie nie wykrzesałabym chyba przed piątą rano. Dlatego zdecydowałam się pisać dzień wcześniej. Nie wiem czy słusznie w sumie, mam totalnie skasowaną głowę.. Ale dam z siebie wszystko!

Patronem tej recenzji, jak i wszystkich innych opisów mleczek od Müller'a jest mój Brat, który zakochał się w tych produktach (?). Młody jest słodkolubny, by nie powiedzieć: "zje wszystko". Jakby nie było.. Namiętnie podkradam mu więc te "dobroci". Dzięki Brat, pozdrawiam :*.

czwartek, 16 lipca 2015

Lindt; Creation, Pistachio Delight With Almond Pieces

Postanowiłam. Postanowiłam nie złościć się na rzeczy, na które nie mam tak naprawdę najmniejszego wpływu. To takie kredo jednej z moich Sióstr. Wzięłam je sobie do serca, dlatego też otwieram laptopa z uśmiechniętą duszą i buzią.. Mimo iż wiem, co tak naprawdę mnie tu czeka. Hah. Ale nie będę psioczyć od rana, pięknego ranka raczej (witaj słoneczko!), a wezmę się w garść i napiszę recenzję, jedną z pierwszych - tych delektowanych, a nie "cheatowych". Dacie wiarę - przemogłam się! Nie wierzę ile sił mam, psychicznych i fizycznych. I jakby nie było, zawdzięczam to jednej, jedynej osobie - Carlannite. Będzie, musi być dobrze!

Wspominałam kiedyś, że wielbię chodzić z moim Bratem na zakupy? Chyba nie. W ogóle zacznę od tego, że z moim Bratem.. Jesteśmy kumplami, serio. Niewiele jest tak zgodnych rodzeństw na świecie. Dogadujemy się, a dzieli nas aż 4 lata (tak, to ja jestem ta starsza..). Pewnego dnia wybraliśmy się na miasto, miałam parę spraw do pozałatwiania - On zgodził się mi towarzyszyć. I tak ruszyliśmy przed siebie, mimo upałów, górującego Słońca, takiego piekła na ziemi. Na koniec stwierdziliśmy zgodnie - "Czas na zakupy"! No jak czas, to czas, nie ma co. Ruszyliśmy do Kauflandu. Tam jak zwykle odstawialiśmy szopkę. Mamy różne głupkowate pomysły. Czasem tańczymy, czasem się ganiamy, przedrzeźniamy, czasem on nazywa mnie "mamą", czasem ja mówię do niego "synu". Załadowaliśmy do koszyka naprawdę pokaźną ilość rzeczy.. Jednak przy kasie stwierdziłam "Cholerka, czegoś mi tu brakuje". Podleciałam do półki z przecenami.. Patrzę - a tam, na samym wierzchu leży, czeka na mnie, uwodzi pięknym opakowaniem. Nie oparłam się. Stąd dzisiejsza recenzja mojej pierwszej czekolady od Lindt'a - Pistachio Delight With Almond Pieces.

wtorek, 7 lipca 2015

Müller Mix, Maroko (chrupki zbożowe z migdałami)

Ach, nie mogę się nadziwić jaka ze mnie podróżniczka! Kres marca ukoronowałam podróżą na Karaiby, która koniec końców okazała się wyprawą ekscytującą w niemałym stopniu. Niby bierny odpoczynek - zwykłe leżakowanie pod palmą, z kieliszkiem pinacolady w ręku.. Jednak, cóż.. Coś niezapomnianego. Lazurowe morze, plaża o zapierającym dech w piersiach jasnym kolorze, błękitne niebo, jaskrawe wręcz słońce. Wszystko co trzeba, wszystko na miejscu. Ale po co kończyć na jednej podróży? Dlaczego nie wyjechać, skoro jest taka możliwość? Mamy wakacje - czas na szaleństwa! Na przygody, gorące romanse. Nie znajdę tego w domu, prawda? Zasugerowałam się opiniami. I wiecie gdzie się wybrałam? Maroko! Dziś przybliżę Wam nieco tę wyprawę. Palcem po mapie, a raczej ręką przy półce sklepowej. Müller Mix, Maroko - taaadam.

wtorek, 30 czerwca 2015

Nestle Schöller, Manhattan Chocolate & Caramel with Peanuts

O czym mogłabym pisać w te pierwsze dni wolne od szkoły? Zapewne lista jest długa i ciągnie się niczym wąż boa. Dobra, wiem że jest. Nie ukrywam, że sama miałam inny plan na wpis, na wstęp. Jednak weszłam na bloga.. I kosa w plecy. Po raz kolejny. UGH.

Z czym kojarzą się więc wakacje? Oczywiście, że z lodami! Statystyki pokazują, że społeczeństwo wymaga i pragnie wręcz wpisów o produktach tego typu. Nic dziwnego - upał, gorączka, prażące Słońce (hipotetycznie). Potrzeba wiec czasem kubła zimnej wody na głowę.. Lub ewentualnie mrożonej kremowej słodyczy do ust. "Klient nasz pan!" - jak mawiają. Więc zmobilizowałam się! 

sobota, 27 czerwca 2015

Katy Exquisite, Noir Orange

Porozmawiajmy o rzeczach, które nas denerwują. Przecież złość to jakby nie było, zupełnie ludzkie odczucie, reakcja na otaczającą rzeczywistość. Szczerze powiedziawszy, jeśli już zaczęłabym zgłębiać ten temat w stu procentach (totalnie i bez reszty), końca bym nie znalazła. Studnia bez dna? Nie wiem w ogóle, skąd mi się to bierze, jednak coraz częściej łapię się na tym, że złości mnie "byle gó.. byle co!". Mogłabym złożyć to na pogodę, na zmęczenie i stres, na hormony. Ale po co.. Złość.. To zapewne jakaś cząstka mnie. Element, którego nie mam zamiaru się wyzbywać. Co więc denerwuje mnie ostatnio najbardziej? Ludzie. Uściślając - ludzie, którzy nie potrafiąc odnaleźć samego siebie, kopiują innych. Zasada jest prosta: "Każdy jest jakiś" - każdy jest INNY. Po co na siłę udawać kogoś, kim się nie jest? Dążyć do bycia takim lub owakim, a nie do bycia po prostu sobą. Prosty przykład. Mamy pewną grupę, jakąkolwiek, pierwszą lepszą. Przyjmijmy, iż to "blogsfera". Punkt zaczepienia? Styl pisania, bo z niczego innego "znani" (celebrytka!) tu nie jesteśmy. Nie wiem jak to jest w przypadku innych. Ja piszę, co myślę. Piszę tylko i wyłącznie to, co bym powiedziała. Piszę - jak mówię, zaznaczając szeroką gamę emocji wtrąceniami, nawiasami i słabą interpunkcją. Nie interesuje mnie szyk wyrazów, totalnie poprawna polszczyzna. Jeżeli całe "Słodkie Abstrakcje" miałabym określić jednym słowem, na bank byłby to "chaos". Tak tworzę, tak niejako kreuję tu "siebie". Zauważyłam, że praktycznie każdy blog jest inny (a przynajmniej powinien być). Każdy ma zupełnie ale to zupełnie inny sposób przedstawiania myśli. Jedni robią to z wielką klasą i elegancją, tworząc czarujące - pełne uroku i magii wpisy. Zazdroszczę, ja nie mam takiej mocy sprawczej Drudzy, sieją zamęt gorszy od mojego, co jest totalnie fascynujące. Dynamika, ruch, cuda na kiju.. A to wszystko w samym słowie. Słowie, które niejako obrazuje nas. Bo tu jesteśmy tylko słowem. Urwę temat.

Pewnego dnia, wiosennego, ciepłego, nieco wietrznego wybrałam się na spacer do Kauflandu. Pamiętam tę wyprawę bardzo dobrze, ze względu na to, iż odwiedziłam wtedy miejsce niezmiernie dla mnie ważne. I, nie uwierzycie, nie był to tylko market. Jednak, jeśli chodzi o zakupy i sprawy "sklepowe", wybrałam wtedy dwie, o dziwo ciemne czekolady. Jedną z nich była właśnie Katy Exquisite w wersji Noir Orange.

sobota, 20 czerwca 2015

Bakoma, Twist Cool Ananas

Sesja mnie wykańcza. Z dnia na dzień mam mniej sił, mniej chęci, humor również kuleje. Każdego ranka uwiadamiam sobie, jak ona bardzo mnie eksploatuje, jak zmieniam się podczas jej trwania. To całe psychiczne zmęczenie bardzo odbija się na mojej głowie. Nie mogę się skupić - permanentnie, o wszystkim zapominam. Wyleciało mi z mojej blond kopuły na przykład, by wziąć do domu zeszyt pełen recenzji. Tym sposobem musiałam iść na zakupy.. I testować. Co ostatnio jest dla mnie trudne.

Przechadzając się pomiędzy kauflandowskimi półkami, szukałam czegoś "wow". Czegoś, czego jeszcze moje oczy nie widziały i czegoś co względnie nie wzbudzi moich chorych wyrzutów sumienia. Połowicznie się to udało. 

piątek, 29 maja 2015

Mondelez International, 3Bit Big (orzech)

Cofanie do czasów dzieciństwa, stanie się chyba znakiem rozpoznawczym tego mojego maleńkiego, słodkiego światka. Raz za razem bowiem odnoszę się do czasów bardziej i mniej zamierzchłych. Siedzieliśmy już razem w piaskownicy, czytając o produktach Wedla. Dziś natomiast przeniesiemy się w czasy później podstawówki. Podróż jedynie.. 10 lat wstecz? 

Z moją Przyjaciółką znamy się od zawsze. Nie żartuję, nie pamiętamy nawet pierwszego spotkania. Obstawiam, że Mamy nasze kochane po prostu wyrzuciły nas "na ulicę" i z braku laku po prostu musiałyśmy mieć ochotę na wspólne zabawy. Zabawa wydłużyła nam się nieco, gdyż trzymamy się razem do tej pory. Wiecie, wspólne pierwsze alkohole za małolata, pierwsze papierosy, pierwsze całonocne imprezy..

I mój pierwszy 3Bit. Pamiętam, jak moja Przyjaciółka zajadała się nimi każdego dnia, zachwalając je pod niebiosa, wmawiając mi jakie one są cudowne, jakie dobre i wspaniałe. Pewnego razu wracałyśmy ze szkoły. Tak, nie mylicie się, chodziłyśmy do jednej klasy, siedziałyśmy w jednej ławce.. I to całe 9 lat! Zaszłyśmy do sklepu, Ona standardowo wzięła swojego ulubieńca, ja już chciałam prosić o mojego. Ale.. Dałam się jej namówić na tegoż oto zawodnika. Spróbowałam - ok, baton jak baton. Nie porwał mnie, nigdy do niego nie wracałam.

Do czasu! Podczas zimowej sesji miałam masę roboty. Kiedy poczułam się totalnie rozładowana postanowiłam naładować akumulatory! A co najszybciej mogło mnie postawić na nogi w tej podbramkowej sytuacji? Oczywiście że słodycze, cóż by innego! Pałętając się między sklepowymi półkami, natrafiłam na zielonego zmutowańca klasycznego 3Bit'a - wersję orzechową. I dziś Wam nieco o niej opowiem :)

niedziela, 17 maja 2015

Confiserie, Verpoorten Chocolade

Tytuł posta, który wprowadziłam jest dla mnie zagadką. Nawet nie wiem czy poprawnie spisałam producenta i nazwę niemieckiej czekolady (o ile jest ona zza zachodniej granicy). Mój język niemiecki jest na poziomie zero, nigdy się go nie uczyłam. I mimo iż w moja krew jest w jakiejś części niemiecka - moja Prababcia była niemką (dlatego jestem taka.. sami wiecie co się mówi), ni w ząb nie umiem nic powiedzieć czy przeczytać. Tak czy siak, nawet nie mam czasu sprawdzać, rozwodzić się. Więc jeśli komuś zależy, zapraszam do googlania. Idzie sesja, a nie :)

sobota, 9 maja 2015

Ritter Sport, Nugat

Lekko zażenowana i może ciut zawstydzona, muszę przyznać, że nigdy (przez moje 22 lata marnego żywota) nie jadłam czekolad Ritter Sport. Ba, nie kusiły mnie one, zawsze mijałam je szerokim łukiem, nawet na nie nie patrząc. Wiele zmieniło się, kiedy zaczęłam przeglądać blogi o "słodyczowej" tematyce. Na każdym, a przynajmniej na większości, znajduje się choć jeden egzemplarz. Miałabym być gorsza? :) Zwłaszcza, że opinie w większości przypadków zachęcają do sięgnięcia łapką po kwadratowe opakowanie. 

Tym razem, znów nie ja dokonałam zakupu. Chociaż nie, ja wzięłam tabliczkę (a raczej 250gramową tablicę) po konsultacjach z moją Mamą, a raczej jej namowach: "Dziecko weź ją sobie, długo będziesz tak patrzeć jak sroka w gnat?". Przecież jestem dobrą dziewczynką, muszę słuchać Mamusinych rad! Moja mama jest kochana, wspominałam już Wam o tym! :)

Nie spieszyłam się zbyt z otwarciem, nugatowa Ritter'ka przeleżała prawie 3 miesiące w magicznym pudle, czekając na dobrą okazję. Majówka okazała się idealna! Z resztą tak jak planowałam, zrobiłam "cheat meal". I tak same z siebie powstały recenzje :).

Otworzeniu, nie wiedzieć czemu, towarzyszyły emocje. Dziecięca radość, pomieszana z ciekawością! Nie ma co przedłużać - dziś na blogu, po długim wstępie - Ritter Sport, Nugat.

czwartek, 7 maja 2015

Muller, Mullermilch Kokos

Z kim przystajesz, takim się stajesz. Tak mawiają lub chociaż podobnie. Chodzi o sam sens. Mianowicie nie raz i nie dwa spotkałam się w tym  naszym blogowym światku, z opiniami na temat produktów Mullera. I tak, znalazłam się na plaży w ciepłych krajach z drinkiem z palemką w łapce, za sprawą Muller Mix, Caribic (almond crunch+coconut jogurt), world edition. Mówię, pójdę w to dalej.. Bo skoro Muller ma tyle różnorakich produktów, a okazały się po prostu naprawdę dobre.. Stąd dzisiejsza recenzja - krótka i zwięzła - Muller, Mullermilch Kokos.

piątek, 10 kwietnia 2015

Kavis U&A, Magdalenas

W tym tygodniu nieco zmieniam harmonogram wpisów. Chciałabym niedzielę spędzić sam na sam ze sobą - tak, tak. To mój dzień, 22 lata stukną. Z drugiej strony też nie chciałabym przegapić tak ważnego dnia jakim jest Światowy Dzień Czekolady - również w niedzielę. Przypadek? Nie sądzę! :) Więc spinam się, mimo gorączek i innych bolączek.. Recenzuję. 

Ciasta, ciasteczka i babeczki to mój gwóźdź do trumny. A już napewno moje słodkie zamiłowanie poszerza mnie w biodrach za każdym razem kiedy ulegnę pokusie. No cóż. Przyjdzie mi chyba z tym żyć. Słodko żyć. I grubo żyć. Kiedy pewnego razu, będąc z Mamą na zakupach w Kauflandzie zobaczyłam maleńkie pakuneczki w dziale "chleb&buła".. Po prostu oszalałam. Musiałam to mieć. Mimo iż nie znałam innych opinii. Ktoś musi być pierwszy. Wzięłam więc uroczą sakiewkę.. Nie jestem okrutnym dzieckiem, postanowiłam więc grzecznie uraczyć się tylko jedną sztuką, jednego smaku. O czym mowa? Dziś przedstawiam Magdalenas, Kavis U&A