Są dni w życiu studenta, o których lepiej nie wspominać nawet normalnemu, cieszącemu się życiem i pogodą, śmiertelnikowi. Są takie tygodnie, kiedy chwil wygospodarowanych na spokojną kawę w towarzystwie serialu jest tyle ile kot napłakał (chciałabym mieć tych momentów aż tyle!). Są dni stresowe, zapełnione - przepełnione, dni pełne nauki, kończenia prac, projektów. Są godziny płaczu i rozpaczy. Sesja. Nie wiedziałam, że i w tym roku aż tak bardzo mnie dopadnie. Stąd nieco zamieszania w rozkładzie jazdy wpisów. Nie chwaląc się, jestem już gdzieś na finiszu tego maratonu, stąd wielkie nadzieje, że wszystko wróci do normy ! Dziś natomiast wstałam wcześniej by napisać dla Was krótką notkę. O czym dziś? Princessa w wersji waflowego zwierzakowatego przekładańca - Zebra.
W moim magicznym pudle jest masa słodyczy. I nie będę się oszukiwać, niektóre leżą tam już wieki, czekając ze smutną miną i oczami błagającymi "weź mnie, właśnie mnie". Jestem obojętna wobec ich zaczepek.. Ale kiedy data przydatności goni, przyciskając następnie do muru - to już mus. Tak było i tym razem.