Ten ból.. Kiedy jesteś, w powiedzmy, dobrej połowie wpisu i twierdzisz, że nie ma on najmniejszego nawet sensu. Kasujesz każdą z liter i impetem zamykasz laptopa. Po czym, po dobrej połowie godziny wracasz z podkulonym ogonem, tym razem do innego produktu. "Będzie lepiej" masz w głowie. I jakby jest. Chyba nie dostanę dziś orderu "mistrza słowa". Ba, nie dostanę nawet talonu na balon za te, przysięgam, wymuszone wręcz zdania. Muszę zacząć spisywać moje myśli, te które kłębią się w chwilach natchnienia - rzadkich to rzadkich ale jednak, by nie mieć problemu w takie dni jak ten dzisiejszy.
Kiedyś tam - gdzieś tam, pod jednym z wpisów znalazłam komentarz, by wziąć się za produkty Nestle. O ile sobie przypominam, komentarz był anonimowy. Jeśli czytasz te moje wypociny w dalszym ciągu drogi Anonimie, wiedz że masz dedyka w tym miejscu - wpis robię z myślą o Tobie. Specjalnie dla Ciebie ruszyłam również na poszukiwania, które zakończyłam sukcesem z zadowoleniem twierdząc "smaczne to będą testy". Tak więc dziś na blogu, jeden z moich ulubionych kiedyś batonów, (gdzie "ulubione" to pojęcie szerokie dość, jak ostatnio pisałam z resztą) Lion od Nestle właśnie.