Wraca Wasza córka marnotrawna. Po kilku dniach załamki i dołka, po zaliczonym moralnym, totalnym dnie.. Pojawiam się kolejny raz. Wiecie.. Jeszcze nie wiem jak ale jakoś poprowadzę tego bloga..
Ile tak naprawdę produktów, słodkich pyszności, określam mianem "mój ulubiony"? Szczerze powiedziawszy - wiele. Nie wiem dlaczego to robię. Wydaje mi się, mam gdzieś tam, na dnie głowy, że ukochana rzecz może być jedna, jedna w danej kategorii: ulubiona czekolada, ulubiony baton, jogurt, cukierek.. I Bóg jeden wie co tam jeszcze. Oczywiście, jakby nie było.. Mam mnóstwo takich lubimych rzeczy w danej "sekcji". Ja to ja, zawsze to powtarzam - skomplikowana, niezdecydowana jednostka. Jeśli chodzi o ulubione batony, na bank jest wśród nich Mars. Mars, który czeka w magicznym pudle na otwarcie, na konsumpcję połączoną z małym testem smaków. Wariacji na temat tego batona jest kilka i to właśnie jedna z nich zwróciła moją uwagę, bo powiedzcie kto z Was nie lubi Marsowego karmelu? Byłam zaintrygowana do tego stopnia, że nie bacząc na "tęskny wzrok" wersji podstawowej, bazowej czy oryginalnej złapałam za edycję limitowaną (która chyba limitką nie jest, bo Caramel'a widuję na sklepowych półkach już dłuższy czas).