Nie samą czekoladą człowiek żyje, a przynajmniej nie na co dzień. Muszę przyznać, że jestem jedną z tych osób, które nie "pilnując miski" rozrastają się do XXL size w mgnieniu oka. I teraz pewnie zadajecie sobie pytanie: "Skąd ten blog, dlaczego go prowadzisz?". Bo najbardziej na świecie (wyłączam stąd rodzinę) kocham słodycze. Nie będę ich sobie odmawiać z racji FITmody. Bo i po co? Życie ma się tylko jedno. Z drugiej jednak strony "jak Cię widzą, tak Cię piszą", ja też lepiej czuję się będąc mniejsza. Wiec tak, trzymam się redukcyjnych zasad, od czasu do czasu wprowadzam "małe dni szaleństwa". I dlaczego by się z kimś tym nie dzielić? Wiele osób, jak ja kiedyś, ślini się do słów napisanych przez recenzentów, bo przecież "nie mogą zjeść". Przeglądają zdjęcia jak opętani. Iiii... Ucinam temat, drażni mnie on niesamowicie. Jeszcze bym coś dodała od siebie, obrażając kogoś obnażając prawdę. A ja wolę mieć "rączki tutaj!".
Jako że do wcześniej wspomnianego pięknego dnia, oszukanego "day'a" zostało jeszcze trochę czasu, a mnie wykręcało na myśl o czymś innym, niekoniecznie słodkim, postanowiłam skierować się do półki z napojami. No szaleństwo! Redukcyjne, zerokaloryczne napitki nie cieszą się dobrą sławą, jednak często po nie sięgam. Cóż. Nie będę się z tego tłumaczyć. Ludzie sięgają po papierosy, alkohol i narkotyki.. A ja miałabym klęczeć na grochu i chodzić na kolanach dookoła kościoła za, powiedzmy, Colę Zero? :)
Coś nie mogę się dziś skupić na temacie głównym. Wracam do sedna ucinając krótko. Dziś przedstawię Wam produkt, nowość na polskich (żabkowych) półkach. Przed Wami DrPepper w wersji "Diet".