Ja to jestem jednak recenzentem niesamowitym! Tak, wiem.. Skromnym również, to na marginesie. Kiedy na dworze upały rodem z gorącego czarnego kontynentu, kiedy ludzie płoną żywym ogniem lub wtapiają się w rozpływający pod nogami asfalt.. Ja z uśmiechem na ustach, w pośpiechu ekstremalnym tworzę kwieciste recenzje słodyczy najbardziej cukrowych, lepkich i ciężkich. Natomiast kiedy temperatura nagle spada, kiedy robi się zimno (jest znacznie chłodniej, sama preferuję aktualnie ciepłe skarpety i równie gorące kakao) ja, niczym "Filip z konopii" (a Filipku, coo robiłeś w tych konopiach?) wyskakuję z recenzją lodów. Spytam sama siebie, Was przy okazji, "gdzie logika?". Nie chciałabym być wobec siebie nazbyt krytyczna, jednak przejawu owej logiki chyba po prostu brak. Cóż, zmieniać tego nie będę, bo i nie ma po co. Przynajmniej mamy "fun". Jestem ciekawa cóż takiego będę testować zimą? Wstęp mamy za sobą. O dziwo, co zdarza się rzadko ostatnimi czasy, przyszedł mi on "ot tak". Miło i przyjemnie jednak się nieco z siebie ponabijać. To w życiu wychodzi mi najlepiej - jak widać na załączonym obrazku. A raczej może, można wyczytać w zamieszczonym wyżej tekście.
Do sedna - nie ma co przedłużać. Dziś recenzja mojej ostatniej zdobyczy.. A raczej prezentu od Mamusi, w iście amerykańsko - lidlowym stylu! Lody Gelatelli w masłoorzechowej odsłonie - Pretty Peanut Butter.