Podczas zimowej sesji, w okolicach początku lutego, mój cukier znajdował się na bardzo niskim poziomie. Źle się czułam, nie miałam siły, chęci, motywacji, a co najgorsze czekał mnie egzamin kolejnego dnia (a nawet dwa). Jeden wieczór, noc właściwie, tyle pracy - a tu klops. Postanowiłam sprawić sobie swego rodzaju bombę cukrową by naładować akumulatorki. Poszłam do sklepu i wybrałam parę produktów. W tym jeden Milki - łaciatą tabliczkę. Wtedy to też przypomniałam sobie jak bardzo nie lubię produktów fioletowej krowy, za tym jednym wyjątkiem. Jak bardzo one smakują niczym. Nie umknął mi też fakt, iż mój jedyny ulubiony produkt tejże firmy, spadł niesamowicie jeżeli chodzi o jakość. Pierwsi będą ostatnimi, cóż. Zjadłam, bo musiałam i to bez większej przyjemności. Krótka rozprawa o moim związku z Milką.
Ja jak to ja, od jakiegoś czasu mam w zwyczaju kupować nowe produkty, w ogóle nie zachowując przy tym instynktu samozachowawczego. Milka Cake&Choc kusiła mnie jakiś czas, nie z powodu czekolady a ogólnie biszkoptowego sklepowego wypieku. Lubię takie rzeczy po prostu. Stwierdziłam - wezmę, co mnie nie zabije to mnie wzmocni.
Wyczyściłam głowę, udawałam że charakterystyczne fioletowe opakowanie nie jest Milka i wzięłam się do pracy! Przyjemna ta moja praca! :)