Zawrotne, majówkowe tempo życia nie pozwoliło mi dodawać wpisów. Cóż, żyć trzeba dla życia, a nie dla wpisów na blogu :) Tak czy siak, z okazji mojego "cheat daya" mogłam "bez wyrzutów sumienia" przetestować kilka produktów, które zaprezentuję na mojej różowej stronie.
Maltesers to produkt, który już rok temu poznałam dzięki mojej Przyjaciółce. Ta po wakacjach spędzonych w UK przywiozła mi je w prezencie. Wtedy zachwyciły mnie niesamowicie, z żalem wielkim wyjadałam ostatnie sztuki z jarzeniowoczerwonego opakowania. Jak było tym razem?
Chyba zacząć powinnam od samego zakupu. Pewnego dnia, nie powiem nawet niedawno, wybrałam się na biedronkowy fit-shopping. Wiadomo - twarogi, serki wiejskie, warzywa, owoce.. I kiedy tak przechadzałam się po zatłoczonym żółtym molochu, zobaczyłam je z daleka. Tak Maltesers we własnej "osobie". Nie mogłam ich nie wziąć. Chociaż jeszcze kilka dni wcześniej zarzekałam się u Olgi, że nic nowego, nic słodkiego nie trafi do mojej magicznej skrzyni.. Nie mogłam się oprzeć. Cała ja.
I wreszcie nadszedł dzień ponownego bliższego spotkania. Próby generalnej. Smakowania i rozkoszowania się cudem.. Którego tak do końca nie mogę rozgryźć. Bo czym to w ogóle jest? :) Zaczynamy!