Jest masa produktów, do których wraca się i wraca ponownie.. Przy każdej możliwej sposobności. Dla mnie, jednym z takich swego rodzaju "klasyków gatunku", należy i należeć będzie zawsze Ptasie Mleczko. Pomyślicie - "Wariatka szaona, serio to sobie kupujesz? Wydajesz "dyszkę" by nasycić - a nawet przesycić - się słodkim smakiem tegoż tworu?" O nie, nie, nie. Co to - to nie. Już tłumaczę się z mych win. Przez "każdą możliwą sposobność" miałam raczej na myśli wszelkie, tu zacznę tę listę (którą i tak ukróciłam, traktując nieco po macoszemu) okazje: urodziny, imieniny, Boże Narodzenie, Wielkanoc, dzień dziecka, dzień ojca, dzień matki, rocznica spotykania się z drugą połową, rocznica zaręczyn, rocznica ślubu, chrzciny, komunie, bierzmowanie, dzień nauczyciela, rozpoczęcie roku szkolnego, zakończenie roku szkolnego, na przeprosiny, w ramach podziękowań, pożegnań, z okazji pierwszej soboty tygodnia... etc. To taki, obok paru innych produktów spożywczych, "prezent numer jeden" - zawsze i wszędzie wypada go dać. Ot sprawdzony - zazwyczaj lubiany. Tę paczkę dostałam akurat ja - na swoje 22. urodziny. Zadowolona? Z jednej strony tak. Nie byłabym sobą, gdybym nie rozbroiła jej na części pierwsze, by zrobić recenzję, a później cudowny (?! ta) wpis. Tak więc niedzielę zaczynamy od paru zdań na temat podstawowej wersji smakowej Ptasiego Mleczka od Wedla.